- Ale ja nie mogę za ciebie wyjść!
Nie będziemy mogli mieć dzieci!
- Trudno, no to je adoptujemy.
- Ale ja jestem mężczyzną!
- Nikt nie jest doskonały...

"PÓŁ ŻARTEM PÓŁ SERIO" to jedna z najwybitniejszych komedii w historii kina.
...Stany Zjednoczone, 1929 r., barwne czasy prohibicji. Dwaj muzycy przypadkowo stają się świadkami gangsterskich porachunków, które weszły do historii pod nazwą "masakry w dniu Świętego Walentego". Obawiając się, że panowie w kapeluszach, z bronią w marynarce, zechcą zlikwidować także ich, przebierają się za kobiety i dołączają do żeńskiego zespołu jazzowego. Jego gwiazdą jest urocza Sugar Kane - Polka z pochodzenia, która pomimo prohibicji nie rozstaje się z napełnioną piersiówką i rozgląda się za bogatym mężem. Obaj panowie daliby się poćwiartować dla jednego pocałunku z uroczą dziewczyną. Niestety, na przeszkodzie w nawiązaniu interesującej znajomości staje fakt, iż wszyscy sądzą, że mają do czynienia z uroczymi absolwentkami konserwatorium muzycznego - Daphne i Josephine, a nie Joe i Jerrym. Panowie mają jeszcze inne kłopoty - okazuje się, że na Florydzie, gdzie akurat koncertuje ich zespół, odbywa się wielki zjazd gangsterów, w tym także ich znajomych z Chicago, którzy bardzo chętnie starliby obu muzyków z powierzchni ziemi...
Przebieranki z "PÓŁ ŻARTEM PÓŁ SERIO" nie wychodzą z mody. Muzykanci Jerry i Joe w damskich ciuszkach wciąż wyglądają jak królowe balu, ale chwilami muszą ustąpić pola stuprocentowo kobiecej pannie Kowalczyk. Piękna Sugar ma twarz Marylin Monroe, pląsa w rytm jazzowych standardów i czaruje uśmiechem o temperaturze 1200 stopni. Dzięki trójce bohaterów film iskrzy dowcipem oraz erotycznym napięciem, łączy uwodzicielską słodycz z odrobiną pieprzu i ani przez moment nie przekracza granic dobrego smaku.
Nagłe pojawienie się Daphne i Josephine wywołuje w uporządkowanym świecie rewolucję godną najlepszych dokonań braci Marx. Mężczyźni w damskich strojach ujmują kobiecym wdziękiem, a jednocześnie wciąż pozostają pod władzą testosteronu. Kierowani uczuciem do najpiękniejszej dziewczyny w orkiestrze wikłają się w serie słownych pojedynków, wyrafinowanych intryg oraz miłosnych perypetii.
Nietrudno dostrzec, że Wilderowi, pod płaszczykiem hollywoodzkiej farsy, udało się przemycić treści typowe dla kina spod znaku queer. Uczestniczący w szaleńczym ekranowym rajdzie mężczyźni w sukienkach na dobre przetarli szlaki postaciom o podobnych upodobaniach. Dzięki temu w barwnym korowodzie znajduje się dziś miejsce zarówno dla Tootsie, jak i Kici ze "Śniadania na Plutonie".
"PÓŁ ŻARTEM..." ciągle inspiruje, bo jego reżyser perfekcyjnie opanował sztukę uwodzenia publiczności. Za sprawą drobnych sugestii i dwuznacznych aluzji prowokacyjny film brawurowo lawiruje między figlarną farsą, a poczciwą komedią. Tym samym stawia widza w nieprzyzwoicie kłopotliwej sytuacji, bowiem interpretacja kolejnych scen zależy wyłącznie od stopnia rozpalenia naszej wyobraźni. Dzięki Wilderowi z perwersyjną przyjemnością możemy podglądać facetów, którzy chcą przetrwać w świecie kobiet, więc dobrowolnie skazują się na bolesny celibat. Złamanie przyrzeczenia wymusza na muzykach kolejne zmiany kostiumów umożliwiające dalszą ucieczkę przed kłopotliwą tożsamością. Jerry jako Daphne ląduje w ramionach obleśnego satyra, a udający milionera Joe rozkochuje w sobie Sugar, ale bal przebierańców nieubłaganie zmierza ku le grande finale. Zakończenie może przerodzić się w przewrotny happy end tylko dlatego, że bohaterowie wreszcie zrzucają maski i przestają wstydzić się własnych słabości. W końcu - jak mawia Osgood Fielding III - nikt nie jest doskonały.
Piotr Czerkawski, Stopklatka.pl, 10 grudnia 2009
